O autorze
Urodzony na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Od wtedy do teraz zajmowałem się tyloma dziwnymi rzeczami, że nie mam pewności co wydarzyło się naprawdę a co sobie wymyśliłem. Wydaje mi się więc, że potrafię namalować obraz, uczynić akwafortę, wiem też po czym odróżnić jeden kapitel od drugiego. Mam też wiele innych umiejętności, których jednak nie będę wymieniał gdyż część jest wstydliwa, część nielegalna a zdecydowana większość nudna i pozbawiona wdzięku.
Dzisiaj wraz z grupą przyjaciół, ludźmi, którzy nie znają strachu, współtworzę program telewizyjny zajmujący się zagadnieniami z zakresu szeroko pojętej medycyny alternatywnej i ezoteryki.
Nie jest to najdziwniejsza rzecz, jaką się zajmowałem. Ale przynajmniej się nie kurzy.
Kossakowski. Szósty zmysł. Rosja

Żen – prastary, barbarzyński rytuał

TTV
Linia nabiega czerwienią. Na twarzy Matwieja maluje się spokój i coś jakby smutek. Jego ręka powoli, z upiornym rozmysłem zanurza się w czerwonej linii. Obserwuję to przez zasłonę, jakbym oglądał film albo siedział na widowni. Jakby to mnie nie dotyczyło. Ale nie siedzę i nie ma tu zasłony. Od tego co się dzieje, dzieli mnie pół metra i to wszystko dotyczy jak najbardziej mnie.

Leżę na rozkładanym łóżku z aluminiowych rurek. Na obciągnięty wyblakłym, szarym drelichem stelaż narzucono koce, pledy i prześcieradła. I płócienny worek, z prażonymi ziarnami owsa. Leżę na worku i czuję jak po moich plecach rozlewa się gorąco. Jestem prawie nagi. Mam na sobie tylko bieliznę. To względy obyczajowe: w kuchni są kobiety, a Buriaci są konserwatystami. Kobiety siedzą za stołem tuż obok pryczy. Lepią pierogi. Przed chwilą swobodnie rozmawiały, teraz jednak milczą. Przez szacunek dla majestatu śmierci, dla ducha ofiary. Ręka Matwieja nieruchomieje. Buriat odwraca głowę i patrzy na mnie. Na jego twarzy brak już obojętności. Jest tutaj i teraz, jego warga w drapieżnym grymasie odsłania zęby i wtedy Matwiej szarpie. Ręka ciągnie za sobą krwawy ślad i kiedy widzę ją już całą, w cichnącej konwulsji szamocze się na niej serce. Wsio – mówi Matwiej. Jego twarz jest znów spokojna. Baran jest innego zdania. Dotąd zrezygnowany, teraz zaczyna szarpać się jak tonący zapaśnik. Tylko jego lewe oko patrzy na mnie w obłąkanym spokoju. Jest w tym spojrzeniu prawie ludzki wyrzut i świadomość. W tej krótkiej chwili ja wiem, że On wie. To wszystko przez ciebie kolego – mówi do mnie Baran swoim gasnącym, lewym okiem i, niestety, ma pieprzoną rację.



Żen – prastary, barbarzyński rytuał. Pierwotny jak Syberia i stary jak zamieszkujące ją duchy. Żen to inicjacja, ale też obrzęd zabezpieczający ciało. Artiom, brat Matwieja twierdzi że to nie wojskowi lekarze, ale właśnie żen wyleczył go z żółtaczki. Kiedy dowiedział się, że jest chory wybłagał przepustkę i wrócił do swoich. Tak jak ja teraz leżał w kuchni na pledach, a jego ojciec pochylał się z nożem nad ofiarą. Tak samo czynili w przeszłości inni mężczyźni z jego klanu. Jego dziad, który był szamanem i którego po śmierci spalili na rytualnym stosie, a prochy powiesili w skórzanej sakwie na gałęzi rosnącego samotnie nad jeziorem drzewa. Cienie kolejnych pokoleń skośnookich mężczyzn zatarły się w czasie, ale w czasie żen wszyscy oni wracają. Przybywają na miejsce obrządku i czuwają by wszystko poszło jak trzeba. Dla Buriatów nie ma żadnego znaczenia, że ich nie widzą, ani że nie mogą w żaden sposób udowodnić ich obecności. Buriaci rozmawiają z duchami na co dzień, od tysięcy lat. Dla nich są tak oczywiste i realne jak zakrwawiony nóż w ręce Matwieja.

Podążaliśmy tropem żen od prawie tygodnia. Dwa razy byliśmy tuż. Dwa razy zmieniono zdanie. Bez podania przyczyn. Najpierw szamani z Ułan-Ude. Negocjacje w Tangeri prowadziliśmy w nocy. W gabinecie głównego szamana. Na środku obskurnego, oświetlonego drgającym światłem lamp jarzeniowych pomieszczenia stał rozłożony fotel relaksacyjny z funkcją masażu pleców i rolkami w podnóżkach, na którym Jurij, główny szaman Tangeri, zażywał relaksu w czasie wolnym od wykonywania obowiązków służbowych. Kiedy stanęliśmy nad fotelem słuchał nas z łagodnym roztargnieniem. Gdy jednak usłyszał o żen, wcisnął na panelu sterowania odpowiedni przycisk, a fotel z szumem elektrycznych siłowników złożył się do pozycji siedzącej. Z cichym westchnieniem Jurij zlazł z fotela i usiadł za biurkiem. Oznaczało to koniec czasu wolnego. Główny szaman Ułan- Ude potraktował nas z życzliwością i zrozumieniem. Mówił, jak dobrą rzeczą jest, że pragniemy zrozumienia zjawisk, jakie nie mieszczą się w obrębie naszej kultury. Że szczególnie my, Europejczycy, z aroganckim imperatywem narzucania innym swojej wizji świata powinniśmy podjąć próbę chociaż zrozumienia, że ten świat ani nie jest taki jak go sobie wyobrażamy ani nigdy nie będzie takim jak byśmy życzyli go sobie widzieć. Przez cały ten czas szaman Jurij głęboko zaciągał się dymem z papierosów, które odpalał jeden od drugiego. Popiół strząsał do swojej lewej dłoni. Tam też gasił niedopałki. Patrzyliśmy na to jak urzeczeni. „Aby koń był silny, należy go karmić, aby człowiek był silny, należy go uczyć” powiedział w końcu dźwigając się zza biurka i opróżnił zawartość lewej dłoni do stojącego w rogu gabinetu kosza. To był sygnał kończący spotkanie. Umówiliśmy się nazajutrz. Kiedy wychodziliśmy, fotel z szumem elektrycznych siłowników rozkładał się do pozycji leżącej. Na drugi dzień telefon szamana odebrała kobieta, która opryskliwie poinformowała, że Jurij wyjechał, wróci za tydzień i nie zostawił żadnych, dotyczących nas dyspozycji, a jeżeli chodzi o żen to tylko on jest władny jakiekolwiek dyspozycje wydawać. Koniec połączenia.

Tak więc Artiom odbył żen, odleżał swoje i wrócił do jednostki. Był zdrów. Lekarze nie mogli uwierzyć, więc uznali to za niewytłumaczalny regres – mechanizm, który kiedyś zwyczajowo nazywany był cudem, a którego oni żadną miarą, jako lekarze Armii Radzieckiej, nazwać tak nie mogli. Więc pozostało to niewytłumaczalnym regresem, a Artiom nie wyprowadzał ich z błędu. W tych czasach próba wyprowadzania z błędu wojskowych lekarzy mogła być dla kosztowna dla wyprowadzającego.

Potem był Namdak Lama. Namdak z początku również podszedł do naszych ambicji poznania jak różny jest dzisiejszy świat z życzliwością. Zgodził się też na wykonanie obrzędu. Ale pod koniec dnia, kiedy już przestał się nade mną znęcać, kiedy zdjął ze mnie litrowe słoiki, których używał do stawiania baniek, kiedy nakarmił mnie żukami, kiedy spuścił już ze mnie złą krew przez dziury, które wykłuł na mojej czaszce igłą i zmusił do płaczu masażem klatki piersiowej, kiedy więc zrobił to wszystko i parę jeszcze innych równie nieprzyjemnych i dziwacznych rzeczy mi zrobił, wtedy powiedział, że jest zmęczony i żebyśmy już sobie poszli. Wspomniałem o żen, a on spojrzał jakby widział mnie po raz pierwszy i zatrzasnął drzwi swojego domu. Staliśmy na podwórku posesji buriackiego uzdrowiciela, szczycącego się wspólnym zdjęciem z Dalajlamą, było ciemno, wyły psy i zaczęło do nas docierać, że być może z tym żen, cokolwiek to jest, mogą być pewne problemy.

Albina, żona Matwieja, przerywa lepienie pierogów. Wyciera unurzaną w mące dłoń – na śmierć zapomniałam – mówi i w pośpiechu drepcze do drzwi. Łapie za klamkę – dzieci, dzieci, szybko przecież chciałyście to zobaczyć – krzyczy przez sień. Po chwili słychać tupot małych stóp. Do kuchni wbiegają Erzhena, Darima i Ayuna, ich córeczki. Przeciskają się między dorosłymi. Widzę jak z niewinnym zaciekawieniem przyglądają się rzeźni w jaką zmieniła się kuchnia. Ręce ich ojca unurzane są we krwi po łokcie, jego koszula cała w rdzawych plamach i zaciekach. Podobnie wygląda ich wuj i babcia. Na środku śliskiej od krwi podłogi w kuchni stoi rozkładane łóżko z aluminiowych rurek, a na nim piętrzą się wnętrzności. Przykryty wnętrznościami leży jakiś nieznajomy. To jestem ja.

Gorący, pełen treści żołądek Barana Matwiej kładzie mi na brzuch. Moje nogi obleka w jelito. Patrzę jak przez palce moich stóp przedziera się zieleń niestrawionej trawy. W końcu brodzę w tej łące do pół łydki. Tłamsi mnie absurdalność tej sceny. To wszystko jest tak odległe od czegokolwiek co znam, tak nierealne, tak barbarzyńskie, a jednocześnie tak dotkliwe, że nie sposób tego odsunąć, przykryć jakąś myślą, oddalić się. Jestem w tego środku. Staruszka Nina kładzie mi czole śledzionę i przykrywa ją zwiniętym kawałkiem płótna. Spod materiału po skroni spływa mi ciepła strużka śluzu. Nina po matczynemu kładzie mi dłoń na czole i szepcze łagodnie żebym się nie ruszał, nie rozglądał. Wokół nie ma nic ciekawego, a jak będę się tak rzucał to śledziona zacznie się zsuwać i trzeba ją będzie cały czas poprawiać. A to nie dobrze.

Postanowiliśmy zaryzykować, wynajęliśmy busa i ruszyliśmy przed siebie. Byle dalej od miasta, zagłębialiśmy się w nieznany teren bez jakiegokolwiek planu. Słowiańska improwizacja. Zatrzymywaliśmy się w mijanych wioskach i miasteczkach. Wszędzie pytaliśmy o żen i wszędzie o nim wiedziano, jednak wszędzie w czasie przeszłym. Ludzie uśmiechali się z zakłopotaniem, kręcili głowami. Dzisiaj nikt już nie robi żen, bo to barbarzyńskie i zasadniczo mało kulturalne. No chyba, że gdzieś na zapadłych wsiach, u Buriatów. Oni w istocie mogą jeszcze to robić, czemu nie, ostatecznie po Buriatach wszystkiego można się spodziewać. Po dwóch godzinach skończył się asfalt. Po kolejnych trzech złapaliśmy trop. W mijanych wsiach coraz mniej domów miało anteny satelitarne, a coraz więcej dziur w płotach i eternicie pokrywającym dachy. Ludzie przed sklepami przestali kręcić głowami, a zaczęli wskazywać kierunek. I tak znalazłem się przed domem Matwieja.

Więc się nie ruszam. Ostrożnie zerkam na małą Ayunę. Patrzy na mnie, jej oczy błyszczą, usta są rozchylone. Wygląda jak dziecko, które słucha najpiękniejszej bajki. Zamykam oczy, a kiedy po chwili je otwieram małej Ayuny już nie ma. Znowu pochyla się nade mną stara Buriatka i ostrożnie, z namaszczeniem kładzie pomiędzy moimi obojczykami serce. To samo, które przed chwilą jeszcze biło. Serce się ześlizguje, pomarszczone palce łapią je i kładą z powrotem na właściwe miejsce, delikatnie. Nie mogę zamykać oczu. Jak je zamykam, chce mi się rzygać. Przełykam ślinę i patrzę przed siebie. Wszystko zwalnia, w uszach narasta szum, jestem na granicy omdlenia, jakbym stał na czymś wąskim, kładce na przykład, i przechylał się daleko poza punkt, w którym można jeszcze złapać równowagę i za każdym takim wychyleniem jakimś cudem wracał do pionu. Jak Wańka-wstańka.
Leżę na wznak. Na składanym łóżku z aluminiowych rurek. Pośrodku kuchni w domu na końcu świata. Pół metra ode mnie jest stół, przy którym siedzą kobiety o skośnych oczach i lepią pierogi. Są tu też trzy małe dziewczynki. I Matwiej, co jego ojciec był szamanem, którego prochy wiszą w skórzanej sakwie w konarach samotnego drzewa nad brzegiem jeziora. I jest tu teściowa Matwieja. Jak ona ma na imię? A brat Matwieja, Artiom, ma busa, mercedesa. Z kierownicą po prawej stronie. I świadczy usługi przewozowe. Ma piękną tapicerkę w tym mercedesie. Robi takie tapicerki jeden zakład w Ułan-Ude i jak będę chciał to Artiom da mi telefon do tego zakładu. I wiem, że jest tu ktoś jeszcze. Wiem, że nie przyjechałem tu sam. Tylko, że niespecjalnie mogę sobie teraz przypomnieć z kim.

Patrzę więc w sufit, a na jego tle dzieją się rzeczy ciekawe. Z prawej strony pochyla się nade mną stara Nina, a z lewej pojawia się Matwiej. Upychają mi pod pachami baranie płuca. Mimo, że robią to ostrożnie to trochę mną buja i dlatego pomiędzy nimi staje Artiom. Przytrzymuje dłonią tkaninę na moim czole, pilnując by śledziona się nie zsunęła. Cała trójka pracuje w ciszy, jakby medytowali. Jakby pochylając się nade mną, jednocześnie byli też gdzieś obok. W innym świecie, przy czym ten inny świat od naszego oddziela coś, co dla nich jest smugą zaledwie, nieustannie meandrującą cienką granicą, a dla mnie nieprzeniknioną, masywną kurtyną, za którą nigdy nie zdołam zajrzeć.
I właśnie wtedy, kiedy Buriaci wciskają mi w medytacyjnym skupieniu baranie płuca pod pachy, ponad ich głowami majestatycznie i powoli wyłania się Canon 5D Mark 3, z obiektywem 24-70 milimetra. Nad Canonem, widzę mężczyznę o europejskich rysach z okiem przyklejonym do wizjera. Skądś go znam. Aparat nieruchomieje z obiektywem skierowanym prosto w moją twarz. Po kilku długich sekundach mężczyzna odkleja się od wizjera i patrzy mi w oczy. Poznaję go – to Radek, człowiek co ma poczucie kadru. Radek jakiś czas spędził w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej rozwożąc ciężarówką lód do restauracji. Przywiózł sobie stamtąd trochę dolarów i wzorcowy, amerykański uśmiech. Demonstruje mi go właśnie teraz. – Jak Przemysław, dobrze jest? – pyta Radek, a w jego głosie rozbrzmiewa beztroska i ogólnie pozytyw.
Rzeczywiście nie przyjechałem tutaj sam. Zezuję na wszystkie strony. I zaczynam sobie przypominać. Pod ścianą stoi Paweł, drugi operator. Też ma Canona, z długą lufą. Ogarnia detale i bliskie plany. Obok Pawła, zerkając mu przez ramię, wpatrzona w ciekłokrystaliczny wyświetlacz wspina się na palce Svitlana. Mówi coś szeptem, wygląda jak obserwator w snajperskim zespole. Na palec Svitlana nawija sobie kosmyk włosów, znam ten gest, robi tak zawsze, kiedy się denerwuje, że coś jej może umknąć. Jest jeszcze Adam, z opatulonym w futro mikrofonem na regulowanej tyczce. Jak zwykle skupiony na poziomach dźwięku rysowanych na panelu rekordera. Znowu patrzę na Radka, znowu się uśmiecha. Wygląda jak kot z Alicji w Krainie Czarów. Chcę mu coś odpowiedzieć, coś dowcipnego i błyskotliwego zarazem, ale mój mózg nie działa i nie mam najmniejszego pojęcia, co ja teraz, leżąc obłożony cuchnącymi wnętrznościami mógłbym powiedzieć człowiekowi z cyfrowym aparatem. Tak więc nic nie mówię i tylko słabo się uśmiecham. Kot z Cheshire przykłada do oka wizjer… I on i jego aparat powoli znikają, a ja znowu widzę sufit.
Owijają mnie pledami. Chodzi o to, żeby ciepło z wnętrzności utrzymać jak najdłużej. Już nawet nie czuję wstrętu. Próbuję zasnąć, ale nie mogę. Tkwię w bezruchu i tak spędzam najdłuższą godzinę mojego życia.

Mówią mi, że jestem zuch, żem gieroj. Mężczyźni poklepują po ramieniu, kobiety patrzą z szacunkiem. Kiedy tak stoję chwiejąc się na miękkich nogach. Przebrany w ubranie kupione na przydrożnym straganie, polarową bluzę i podrabiane spodnie adidasa wyglądam jak szmaciana lalka i dokładnie tak się czuję. Na głowę Artiom wcisnął mi czapkę z napisem Russia. Stoją na wprost mnie i przyglądają się z dumą. Wiesz – mówi Matwiej – jak byłem w wojsku, to było bardzo dawno temu, to tam był taki jeden Polak. Nawet go lubiłem. Był porządnym człowiekiem, chociaż nigdy nie wiedziałem o co mu chodzi. I wiesz co? Nigdy bym nawet nie pomyślał, że kiedyś w mojej chałupie będzie siedział taki żywy Polak. Przez chwilę bawię się myślą by powiedzieć, że nie siedziałem tylko leżałem i, że jeszcze nigdy nie czułem się tak mało żywy. Jednak po próbie zastanowienia się czy taki żart jest zabawny czy impertynencki, postanawiam zastanowić się nad tym kiedy indziej. Na wszelki wypadek nic nie mówię, tylko słabo się uśmiecham. Jak do kota.
Trwa ładowanie komentarzy...