Prostata po rosyjsku

Wikipedia
W tej chwili nie mogę sobie przypomnieć, kto zaczął. Wydaje mi się, że mogła to być Lidia, ale nie jestem pewien. Lidia miała w pokoju nakryty ceratą stół i mnogość roślin doniczkowych. Flora była zadbana, co zdradzało w Lidii dobrego człowieka albo też po prostu pedantkę.

Pod rozłożystym fikusem stała emaliowana miednica, w której na wpół zanurzony tkwił w kamiennym bezruchu żółw. Na jego lewym nozdrzu delikatnie to rosła to kurczyła się bańka powietrza. W końcu pękła i była to ostatnia aktywność na jaką pozwolił sobie żółw kiedy byliśmy u Lidii. A byliśmy u niej ponad cztery godziny. W tym czasie Lidia diagnozowała mnie, leczyła, opowiadała o sobie, przedstawiła sąsiadów, którzy zeszli się oglądać takie dziwo jak Polacy u nich, w środku zimy, pacjentów, czekających pokornie w wychłodzonej sieni, a na koniec poleciła nakryć stół obrusem na specjalne okazje i wskazującym palcem dysponowała gdzie córka ma postawić salaterkę, talerz i wazę z zupą.

Po obiedzie uzdrowicielka do tego stopnia się rozluźniła i taką do nas wszystkich poczuła sympatię, że poleciła przynieść żelazko, które następnie przyłożyła do własnej klatki piersiowej. Żelazko przylgnęło w sposób urągający newtonowskiej fizyce do biustu Lidii i falowało w tempie jej oddechu. Obok żelazka przykleiła telefon komórkowy, należący do syna, notabene studenta medycyny, i kilka sztućców, które nie zostały użyte podczas obiadu. Uzdrowicielka toczyła po wszystkich wzrokiem, w którym tryumf ścierał się z osobliwą melancholią.

Byliśmy zachwyceni, tylko żółw przez cały ten czas nie poruszył się więcej niż ćwierć mikrona. Tkwił z wysuniętą szyją i były mu tak doskonale obojętne cuda, co dzieją się tuż obok, że do dziś naprawdę nie wiem czy przypadkiem nie był wypchany. Ale ja nie o żółwiu przecież… Właśnie wtedy, przed obiadem, Lidia nazywająca siebie samą w porywach dobrego nastroju żyjącym magnesem, bądź Lidią skanerem, spojrzała mi głęboko w oczy i powiedziała:- oj złociutki, ale prostatę to ty masz do wymiany. Prostatę, złociutki, przebadać musisz bezwzględnie. Nie przywiązałem wtedy do tego wielkiej wagi. A to dlatego, że dobra Lidia, Lidia pedantka, Lidia co trzymała pod fikusem żółwia, oprócz prostaty zdiagnozowała u mnie taką wielość problemów, że przerost jakiegoś tam gruczołu był czymś doprawdy banalnym i nie wartym większej uwagi.

Z reguły uzdrowiciele nie szafują chorobami ponad miarę, choć ich wyobraźnia w tym względzie jest jak wszechświat. Jednak dla przyzwoitości na jedną wizytę, średnio diagnozuje się nie więcej jak dwie, trzy przypadłości fizyczne i dajmy na to, jedną duchową. Przykładowo – problemy z żołądkiem, powiększona śledziona i do tego powiedzmy, klątwa. Proporcje mogą oczywiście ulec zmianie. Może to być klątwa plus lekkie opętanie i niewielkie zmiany w lewej komorze serca. Jednak Lidia była inna. Lidia, kiedy się rozkręciła zobaczyła we mnie tyle problemów, tyle chorób że musiałem sobie to wszystko zapisać. Inaczej bym nie zapamiętał.

Zapisałem sobie choroby od Lidii w czarnym notesie, o którym potem zapomniałem. Teraz mam go przed sobą. Strona czwarta. Lidia Antonina, w nawiasie „skaner”, spis chorób: – hemoroidy, zmiany w wątrobie, tarczyca ( prawa strona), powiększona trzustka, zmiany w sercu, nadżarte jelita, żołądek stan średnio zły, niedokrwienie prawej nogi, skłonność do epilepsji, prostata, osłabiona wątroba, niedobór wapnia w kościach, klątwa na kolejne trzy lata, ślub za minimum pół roku. I tak od góry po sam dół, czwarta strona w czarnym notesie. Każdy przyzna, że w tym zaiste imponującym spisie prostata nie ma nawet stopnia kaprala. Jednak to właśnie wizyta u Lidii, a może sama Lidia uruchomiła ciąg wydarzeń, z którego skutkami borykam się do dziś.


Wizyta u niej była jedną z pierwszych jakie odbyłem na Ukrainie i od tego czasu prostatę miałem diagnozowaną codziennie przez ponad miesiąc. Oczywiście miałem też i inne o wiele bardziej efektowne choroby jednak najczęściej pojawiały się one i znikały aby pojawić się znowu po kilkuset kilometrach w innym miejscu, innym czasie. Niektóre manifestowały się w diagnozach u tylko jednego uzdrowiciela, jak na przykład chlamydie. Chlamydie zdiagnozowano mi w Odessie, tylko raz. Albo przypadkowa klątwa wywołana nieumyślnym wdepnięciem w ziemię z grobu. Też tylko raz.

Ale prostata, cóż… prostata stała się królową balu. Przez pierwsze dwa tygodnie na Ukrainie diagnozowano mi zaburzenia jej czynności przynajmniej dwa razy dziennie. Potem częstotliwość spadła i prostata ustąpiła na rzecz zaburzeń związanych ze światem duchów. Najczęściej chodziło o klątwę. Ale mimo to, nawet podczas inwokacji o zmierzchu na opuszczonym cmentarzu czarny mag Siergiej zerknął na mnie i szepnął mimochodem- przebadaj prostatę. Siergiej był wtedy w trakcie rozmowy z duchem babci.

Nie wiedziałem co o tym wszystkim myśleć, tym bardziej że w Polsce spotkałem się z mniej więcej trzydziestoma uzdrowicielami, i o jakichkolwiek problemach z gruczołem zająknęło się może raptem trzech. W Polsce większość koncentrowała się na moich problemach z aurą. Była, ich zdaniem, zbyt blada. Zbyt blada wątła i migotliwa. Ewentualnie komunikowano się z duchami moich przodków. W Warszawie ducha mojego dziadka odprowadzały w zaświaty istoty z równoległego uniwersum. Miały przeszło dwa metry wysokości i złote kręcone rogi.

Ale odbiegam od właściwego tematu. A więc prostata. Stercz, nieparzysty narząd mięśniowo-gruczołowy, wstydliwy temat, problem z… wiesz o co chodzi, męskie de profundis. Z dnia na dzień moja prostata do tej pory wyróżniająca się jedynie skromnością i powściągliwą dyskrecją stała się żelaznym punktem programu rozmów z uzdrowicielami. Tuż obok mojego spętania klątwą i problemów w życiu osobistym. I tak sunąłem przez Ukrainę, a gdzie się zatrzymywałem słyszałem różne rzeczy, ale tę jedną słyszałem prawie za każdym razem.

Uzdrowiciele, rzecz jasna, nie ograniczali się jedynie do diagnostyki. Ujawnienie problemu i zostawienie mnie z nim, byłoby w kolizji z etyką. Każdy z nich podejmował próby leczenia i warto, myślę, nadmienić, że każda z tych prób zakończyła się sukcesem. Tak więc przyjeżdżałem do znachora, znachorki, uzdrowiciela, bioenergoterapeuty, ekstrasensa, czy szeptunki, albo i molfara i większość z nich po wymianie kurtuazyjnych grzeczności przystępowała do działania.

Zwykle pośród wielości różnego rodzaju anomalii pojawiała się, jakżeby inaczej, prostata. Uzdrowiciel pytał czy jestem zainteresowany odwróceniem przykrej tendencji, a ja zawsze się zgadzałem, a nawet o to prosiłem. Najczęściej były to próby ingerencji energetycznej. Wodzono nad okolicą mojej miednicy rękoma, okadzano ziołami, inwokowano modlitwy, zaklęcia, przesyłano energię o różnej długości fali, różnego koloru, mocy i natężenia, łatano moją aurę, która nadal była anorektyczna i mrygała, rzucano zaklęcia, ewentualnie proszono duchy zmarłych żeby coś z tym wszystkim zrobiły.

Sporadycznie zdarzały się też działania mające charakter wpływu fizycznego. Mnich Iwan dźgał mnie nożem a Ludmiła, zasuszona staruszka o egzotycznej urodzie, namawiała do postawienia kilkunastu pijawek w bezpośredniej okolicy moszny. Nie zgodziłem się na to… do dziś nie wiem, dlaczego. Tak czy inaczej, za każdym razem terapia której zostawałem poddany, kończyła się według zapewnień terapeuty pełnym sukcesem. Najczęściej nie brano ode mnie pieniędzy ( co było tego powodem, do dziś jest dla mnie tajemnicą ), żegnaliśmy się jak starzy znajomi, a ja ruszałem dalej.

Kilkadziesiąt, kilkaset albo, jeżeli znajdowałem się na terenach przesyconych mocą, kilka kilometrów dalej poznawałem kolejnego uzdrowiciela, bądź uzdrowicielkę, którzy po wymianie kurtuazyjnych grzeczności zwierzali mi się z zaniepokojenia, jakie wzbudza w nich myśl o mojej prostacie. I tak dzień po dniu, kilometr po kilometrze.

W Rosji zasadniczo sytuacja nie uległa dramatycznej zmianie. Właściwie, jeżeli chodzi o tendencję, Rosja była logiczną kontynuacją wszystkiego tego, co działo się na Ukrainie. Z tą różnicą że na Ukrainie było chłodniej. Podejrzewam że może mieć to jakiś związek z porami roku. Na Ukrainie byłem zimą, do Rosji pojechałem latem. Cóż, jest to wytłumaczenie dobre jak każde inne. W każdym razie rosyjscy uzdrowiciele podzielali większość diagnoz swoich ukraińskich kolegów i do leczenia podchodzili z nie mniejszym zapałem. W końcu zaczęło się robić chłodniej. Zmierzaliśmy w kierunku Syberii. Tak trafiłem do Naziry.


Nazira słyszała głos. Głos rozbrzmiał po raz pierwszy w głowie Naziry gdy ukończyła czterdzieści lat. Głos należy do mężczyzny i uzdrowicielka przypuszcza, że to Bóg. Ale snuła te przypuszczenia bez absolutnej pewności i kiedy mówiła o głosie Boga w swojej głowie mówiła to jakby z zakłopotaniem. Myślę, że tak naprawdę, w głębi ducha Nazira była przekonana, że głos w jej głowie należy do Stwórcy lękała się jednak, że przyznając to głośno popełnia grzech pychy.

Bo dlaczego Bóg miałby mówić do niej właśnie, emerytowanej nauczycielki z Naberezhnye Chelny, a nie dajmy na to Anastazji Pietrowny, jej sąsiadki? Z drugiej strony, jeżeli ona skromna emerytowana nauczycielka z Naberezhnye Chelny słyszy głos, który mówi jej kiedy ktoś umrze, a potem gdy nadchodzi podany termin ten ktoś umiera, to kto to może wiedzieć jak nie Bóg? Ktoś mógłby domniemywać, że to sprawka złego. Ale jak w takim razie wytłumaczyć drugi dar Naziry, a mianowicie umiejętność neutralizacji bezpłodności? Do uzdrowicielki przybywają po pomoc kobiety i mężczyźni, przyjeżdżają do niej zrozpaczone małżeństwa z najdalszych krańców Rosji. Do niej, emerytowanej nauczycielki. A potem ślą listy. Dziękują. Czasem nawet przyjeżdżają. Pokazują dzieci i mówią- to też jest TWOJE dziecko Naziro. Takich dzieci znachorka ma w Rosji już ponad pięć setek, i ilość ta sukcesywnie wzrasta. No i niech ktoś teraz spróbuje powiedzieć, że to sprawa szatana. Nowe życie, cud narodzin. Głos w głowie Naziry musi należeć do Boga. Ostatecznie, któregoś z aniołów.

Kiedy więc nawiedzona przez głos w swojej głowie uzdrowicielka zakomunikowała mi, że w jej ocenie mam problem z wiadomo czym, nie spierałem się. Chwilę potem leżałem na nakrytym wzorzystą narzutą tapczanie, a znachorka wodziła nade mną rękoma tłumacząc że właśnie rozpoczyna proces leczenia. Cóż, widziałem to już tyle razy że nie tylko do tego przywykłem ale zaczynało mnie to powoli nużyć. Tak więc Nazira nie zrobiła na mnie oszałamiającego wrażenia. Choć na moment wyrwała mnie z rutyny kiedy ogłosiła że przyglądając się układowi moich brwi jest w stanie określić kiedy umrę, lecz jednocześnie zastrzegła że nie może mi tego wyjawić.

Po tej zaskakującej wycieczce dalej wodziła rękami, a ja nadal leżałem. Leżałem i obserwując latające pod sufitem muchy zachodziłem w głowę czy gdyby taka mucha albo ich grupa w zwartym szyku latała nad moim podbrzuszem po tych samych trajektoriach co dłonie uzdrowiciela, to czy wzmocniłoby to efekt leczenia, osłabiłyby go, czy też nie miałoby na niego żadnego wpływu. Czy mucha, albo grupa much, może mieć w sobie energię uzdrowicielską? Kiedyś jeszcze w Polsce rozmawiałem z człowiekiem, który twierdził że jego pies jest zwierzęciem mocy i ma dar uzdrawiania. Ów człowiek utrzymywał, że zwierzęta mocy towarzyszą nam od tysiącleci. I że jest to udokumentowane. Zwierzęciem mocy nie musi być ssak. Jego zwierzęciem jest pies, ale to nic nie znaczy.

W czasach starożytnego Egiptu, na przykład, żył faraon, którego zwierzęciem mocy była mrówka. Jeżeli więc faraon miał mrówkę, myślałem leżąc na tapczanie w pokoju emerytowanej nauczycielki, to dlaczego ktoś inny nie może mieć muchy? I wtedy uzdrowicielka wbiła mi dłonie w pachwinę. Było to tak zaskakujące, że zanim pisnąłem i zanim moje ciało usiłowało upodobnić się do składanego scyzoryka jeszcze przez ułamek sekundy wpatrywałem się w sufit w stanie absolutnego szoku. Sufit zniknął. Muchy też. Z jękiem podniosłem głowę i zobaczyłem Nazirę, Nazirę uzdrowicielkę, Nazirę matkę pół tysiąca dzieci i emerytowaną nauczycielkę, która trzyma swoje dłonie wciśnięte niemal po nadgarstki w okolice wiązadła udowo-łonowego.

Uzdrowicielka wpatrywała się we mnie z gadzią intensywnością. Rzęziłem, stękałem i niemrawo próbowałem uciec od przeszywającego bólu. Kiedy jednak tylko usiłowałem przekręcić się, oddalić od jej dłoni, od tego koszmaru, rzucała krótką komendę –wytrzymaj. Wytrzymałem, a może nawet nie tyle wytrzymałem, co ręce Naziry okazały się tak zaskakująco silne, że skutecznie unieruchomiły moją miednicę wbijając ją w sprężyny tapczanu. Nie mam pojęcia ile to trwało. Na pewno trwało za długo.

Przez dwa dni utykałem i średnio, co pięć minut oddawałem mocz. Ale stało się coś jeszcze. Przez następne ponad cztery tysiące kilometrów nikt nie zająknął się o mojej prostacie. Żaden uzdrowiciel, znachor, czy ekstrasens. Przez dwa długie tygodnie oczyszczano mnie energetycznie jak i manualnie, cięto mi skórę na czaszce, chłostano wrzącą wodą, spuszczano krew, zachęcano do jedzenia robaków, obkładano wnętrznościami, wyganiano duchy, oczyszczano z klątw i diagnozowano choroby o których istnieniu nie miałem bladego pojęcia. Ale prostata stała się dla wszystkich obdarzonych darem przezroczysta. Niewidzialna.

Teraz puenta. Nie będzie to może puenta przesadnie błyskotliwa, ani intelektualnie wyzywająca, ale na nic więcej mnie dziś nie stać. W przyrodzie nic nie ginie, wszystko jest energią i zaprawdę informacja, która znika w jednym miejscu niechybnie wypłynie gdzie indziej. Po powrocie do kraju materiał audio jak i wideo z tourne po dzikich polach i bezkresnej tajdze został poddany niezbędnej obróbce i w formie klarownych dwudziestominutowych odcinków wyemitowany na antenie macierzystej stacji. Moja prostata została upubliczniona.

Dziś jestem zaczepiany na ulicy, gdzie nieznajomi obojga płci z prawdziwą, nieudawaną troską dopytują się o jej stan. Jestem tym bardziej niż wzruszony, i na poważnie zastanawiam się czy nie zgolić brody. Ponad wszelką wątpliwość udowadnia to, że w dzisiejszych czasach nie trzeba mieć nadprzyrodzonego daru, aby wiedzieć, co skrywa wnętrze bliźniego. Dziękuję za uwagę.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
RosjaZdrowie
Skomentuj