Dotknąć doskonałości

Wraz z Arto przyglądam się jak Tatiana wyprowadza Luisa. Luis drze się w niebogłosy, jego ułomne, drobne ciało zostawia na posadzce mokry ślad. Luis ma dziecięce porażenie mózgowe. Tatiana jest psychologiem. Za tą dwójką drepcze Ludmiła Pietrowna, matka Luisa. Na twarzy Ludmiły Pietrowny maluje się rozdarcie. Jej syn cierpi, zatem ona też powinna cierpieć. Ale jakoś nie cierpi. Nie cierpi bo jej syn przed chwilą się śmiał. Śmiał się po raz pierwszy od… ona nie pamięta od jak dawna. Wrzask Luisa rozbija się o przeszklone ściany. Tak jest zawsze – Arto smętnie kiwa głową – płacz na wejście, płacz na wyjście.

Stoję na drabinie. W pobliżu jest czwórka uzdrowicieli - Kola, Żora, Nota i najmłodsza, na którą mówią Brzoskwinka. Jednak żadnego z nich nie widzę. Wiem natomiast, że oni widzą mnie doskonale. Wiem że jestem obserwowany.



Arto siedzi na skraju platformy. Pomiędzy nogi wsadził sobie metalowe wiadro. Arto zasadniczo, oficjalnie można powiedzieć, przychyla się do teorii o niesłyszalnych dźwiękach. Ale osobiście uważa, że to nie wszystko. Że jest o wiele więcej i że to tajemnica, której nigdy nie pojmiemy. Bo jesteśmy ułomni. A uzdrowiciele doskonali.

Widzisz – ma minę człowieka podejmującego beznadziejny wysiłek wyjaśnienia niewytłumaczalnego - one są dobre. Dobre w taki nieludzki sposób. Wiesz że nie są w stanie odpowiadać agresją na agresję? To ich przekleństwo. Całe zło, jakie ich dotknie, zostaje w nich. Muszą sobie z nim jakoś radzić. No chyba, że zaatakujesz ich dziecko. Wtedy Cię zabiją. Bez wahania.

Obok mnie przemyka uzdrowiciel, przez krótki moment widzę jego łagodny, uśmiechnięty profil. Patrzę na Arto z powątpiewaniem. Odpowiada mi zaskakująco drapieżnym uśmiechem – uwierz stary, większe szanse miałbyś z rekinem…

Rzeczywiście na wejście Luis krzyczał tak samo. To było pół godziny wcześniej. Wtedy po raz pierwszy w życiu zobaczył uzdrowicieli. Był przerażony. Kurczowo trzymał się matki i krzyczał i było w tym krzyku tyle strachu, tyle cierpienia i tyle skargi, że Ludmiła Pietrowa była gotowa zrezygnować z terapii. Niech szlag trafi te 1000 hrywien i miesiące oczekiwania. Ostatecznie zmartwiała patrzyła jak Tatiana niesie jej syna w stronę hipnotycznie kołyszących się uzdrowicieli. Jak siada z nim na posadzce. Jak w stronę jej syna zbliża się jeden z nich.

To był Kola. Delikatnie dotknął dzieciaka i wtedy Luis przestał krzyczeć. To wyglądało jak cud. Dom uzdrowień ma urodę przeszklonego hangaru i echo krzyku Luisa jeszcze długą sekundę przetaczało się we wszystkie strony. W tej ciszy Luis patrzy na Kolę a Kola uważnie przygląda się Luisowi. Drobna dłoń dziecka powoli sunie w stronę uzdrowiciela. Ludmiła Pietrowna wstrzymuje oddech. Ja też nie oddycham. Boję się, że jak odetchnę to wszystko zepsuję.

Tatiana puszcza i delikatnie popycha Luisa. Dziecko w dziwnym zamyśleniu obejmuje uzdrowiciela. Reszta jakby na to czekała. Dotychczas niespiesznie krążyli wokół, teraz powoli się zbliżają. Tatiana i Arto nie spuszczają z nich wzroku. Na wypadek gdyby coś poszło nie tak.

Tak naprawdę nie do końca wiadomo jak uzdrawiają. Podobno to działanie podprogowe, już sam kontakt z nimi wywołuje mechanizm wzmożonego wydzielania endorfin. To pomaga w leczeniu autyzmu, wpływa też na dotkniętych MPD. Inna teoria mówi, że uzdrowiciele są w stanie wygenerować dźwięk o wysokości niemożliwej do usłyszenia, który wzbudza pozytywne zmiany w uszkodzonych komórkach. Wyjaśnienie mechanizmu fenomenu mało obchodzi chorych i ich bliskich. Matka Kiryła widzi jak poprawiła się motoryka jej dotkniętego niedowładem syna, jak zmienia się linia jego ramion, ojciec autystycznego Siergieja opowiada, że syn po drugiej wizycie zaczął reagować na bodźce. A Ludmile Pietrownej wystarcza że Luis głośno się śmieje. Mimo że potem płacze.

Coś uderza mnie w udo. Arto spogląda w dół – to Żora. Mogłem się tego spodziewać – dodaje z westchnieniem. Jestem jak sparaliżowany, pytam co powinienem zrobić. Arto grzebie w wiadrze – a co CHCIAŁBYŚ zrobić?

Tak więc, najpierw w jakimś nieokreślonym strachu delikatnie dotknąłem Żorę. Była zimna. Uzdrowicielka leniwie zbliżyła się i otarła o mój brzuch. Dziś wspominam to jako coś niemal namiętnego. Objąłem ją, podobnie jak pół godziny wcześniej Luis obejmował Kolę. I kiedy zacisnąłem chwyt, uzdrowicielka wyrwała do przodu.

W ostatniej chwili wstrzymałem oddech. Leciałem. Pierwszy raz w życiu. Trzymałem się jej z całych sił, a kiedy próbowałem otworzyć oczy widziałem tylko rozmazany błękit. Szum w uszach mówił mi, że jesteśmy coraz głębiej, i był moment kiedy szorowałem biodrem po dnie. Byłem odurzony, byłem jak zakochany i gdyby koniec końców Żora się nie wynurzyła to myślę, że mógłbym tam zostać.

Krztusząc się i rozchlapując w oszołomieniu wodę docieram do drabiny. Dyszę do Arto, że teraz zgadzam się z nim całkowicie, w stu procentach się z nim zgadzam, teraz wiem, co miał na myśli, kiedy mówił, że są idealni. I że nigdy tego nie zapomnę, a przede wszystkim nie zapomnę Żory, że Żora jest wspaniała.

Arto sprawia wrażenie człowieka, który nawykł do histerii. Siedzi tak, jak go zostawiłem. Karmi uzdrowicieli rybami z trzymanego pomiędzy nogami wiadra. A wiesz – zagaja – Brzoskwinka ma jeszcze jakieś wątpliwości, ale reszta uważa, że Żorka to taki trochę przygłupi delfin…
Trwa ładowanie komentarzy...