Tajemnica długowieczności

Po nosie spływa mi kropla potu. Jeszcze chwilę zbiera siły i spada na prześcieradło. Apatycznie przyglądam się jak wsiąka w żółtawą tkaninę. Jest bardzo gorąco. Na ścianie widziałem panel sterowania klimatyzacji, ale Władimir jest jej przeciwny. Władimir uważa że klimatyzacja nie jest zdrowa. Teraz stoi nade mną, ale ja nie patrzę na niego. Nie patrzę, bo się boję. Boję się, bo trzyma w ręku jedno ze swoich narzędzi. Zaraz zademonstruje, na czym polega jedyna i pobłogosławiona przez najwyższego metoda.


Na żółtawym prześcieradle przede mną leżał pan Michajło. Kiedy Władimir działał na jego ciało swoją metodą, ten tak dziwnie rzęził. Było w rzężeniu Michajły jakiś rodzaj nieludzkiej namiętności. Pytałem, czy go boli, a on mi na to, że jak cholera, ale i tak uzdrowicielowi ufa a lekarzom dla odmiany nie. Prześcieradło jest mokre od Michajłowego potu. Nie wykluczam że jest w nim pot wszystkich pacjentów przyjmowanych dzisiaj. Po krótkim namyśle nie wykluczam, że jest tam zebrany pot pacjentów z całego tygodnia. Władimir nie ma zwyczaju zmiany prześcieradeł. Sądząc po kwaśnawym zapachu unoszącym się w lecznicy, Władimir w ogóle ma dość niekanoniczne podejście do higieny.

Po mojej lewej, na ścianie, masywna, przeszklona, drewniana rama. Rodzaj domowego ikonostasu. Uzdrowiciel był wyraźnie zadowolony, kiedy poprosiłem go o włączenie żarówek, które zręcznie zamontował wewnątrz ramy. Teraz nade mną unoszą się prawosławni święci, Chrystus Pantokrator, jego matka i anioły. Skądś mam wrażenie ze będę potrzebował ich opieki. Może to wspomnienie Michajły i jego rzężenia.

Z grubsza chodzi o to, że jak Wladimir był w wojsku jego jednostka stacjonowała w pustynnych rejonach Związku Radzieckiego. I któregoś dnia młody Władimir, który wtedy jeszcze nie marzył nawet o tym, że będzie natchnionym przez Boga uzdrowicielem, został wysłany na patrol. W trakcie tej zwyczajnej dla każdego żołnierza czynności nastąpiło coś, co zmieniło życie Władimira, jego podejście do ubioru i kwestii związanych z seksualnością. Na pustyni stał namiot. Przed namiotem siedział starzec. Mimo niewyobrażalnego gorąca był odziany w futra, a na głowie nosił masywną baranicę. Być może dlatego żeby nie zrobiło mu się zbyt chłodno sączył niespiesznie gorącą herbatę z trzymanej w dłoni czarki. Władimir wdał się ze starcem w kurtuazyjną rozmowę, która wkrótce dotknęła tematu czasu i jego niepowstrzymalnego upływu. Starzec twierdził, że ma grubo ponad sto lat i zdołał przekonać młodego żołnierza, że swą długowieczność zawdzięcza tylko i wyłącznie temu, że odziewa się ciepło i pije dużo gorącej herbaty. Bez względu na porę roku i temperaturę powietrza. Radził też wstrzymywać się ze zbyt natrętną namiętnością do kobiet. Kobiety- mówił starzec - nie są absolutnie niezbędne do dożycia sędziwego wieku. Dla Władimira, który od najmłodszych lat przejawiał naturalną tendencję do ascezy, rady starca wydały się niepozbawione sensu.

W ścianie naprzeciw ikonostasu podwójne drzwi. Jak do szafy. Wyobrażam sobie, że właśnie tam uzdrowiciel przechowuje narzędzia, których używa w walce z wszelkimi chorobami jakie gnębią człowieka od zarania dziejów. Według Władimira choroby biorą się tak naprawdę z jednego zasadniczego powodu - człowiek oddalił się od Boga. A demony tylko czekają, aby oddalił się dostatecznie daleko żeby móc w niego wleźć. Grzech i demony - oto przyczyny. Wystarczy wypędzić demona a człowiek wnet ozdrowieje. Bo demon i choroba są tożsame, wynikają z siebie. Duchy choroby Władimir wypędza manualnie. Oczywiście modlitwa i czystość, ta duchowa naturalnie, ma tutaj fundamentalne znaczenie, jednak sam akt uzdrawiania ma charakter rękoczynu.

Od ponad dwudziestu lat Władimir przeprowadza na sobie eksperyment, którego inspiracją stało się zdarzenie na pustyni. Od ponad dwudziestu lat, bez względu na porę roku, nosi się ciepło i pije gorącą herbatę. Unika też kobiet. Zerkam na niego ostrożnie i lękliwie. Termometr na ścianie wskazuje 33 stopnie w skali Celsjusza. Na zewnątrz, w pełnym słońcu musi być jakieś 50. Widzę jak za oknem rozgrzane powietrze drga i bawi się kształtami. Władimir na ramiona nonszalancko narzucił pikowany, puchowy, podbity kożuszkiem bezrękawnik. Pod nim ma bluzę z polaru. Pod polarem kolejny, podopinany na agrafki kożuszek. Z pod kożuszka wystają kawałki jakiejś sierści. Na moje wyczucie służyła kiedyś jako wierzchnie okrycie kotu. Na głowę uzdrowiciel nasadził zimową czapkę, za dużą o dobrych parę numerów. Wybór rozmiaru jest celowym działaniem, ponieważ pod nią Władimir chytrze ukrył jeszcze jedną czapkę, też zimową. Po twarzy uzdrowiciela nie spływa nawet jedna kropla potu. W rękach trzyma narzędzie. Narzędzie przypomina dłuto, albo przecinak ślusarski. Z tą różnicą że w całości jest wykonane z drewna. Z jednej strony narzędzia kilkucentymetrowej szerokości pióro, na drugim końcu okrągła półkolista głowica. Ma około 40 cm. długości i jest w większości owinięte plastikową taśmą. Dla pewności chwytu. Na taśmie widzę ciemne, zgrubiałe smugi, jakby wałki plasteliny. To brud który odłożył się przez lata znoju ku boskiej chwale.


Władimir mówi żebym się rozluźnił i zarzuca mi na plecy różowy ręcznik. Ręcznik jest wilgotny. Piętnaście minut temu leżał pod nim Michajło. Uzdrowiciel sunie palcami wzdłuż kręgosłupa. Ruch zatrzymuje mniej więcej w połowie długości. Pytam czy to co chce zrobić jest aby na pewno bezpieczne. W odpowiedzi Władimir tylko mruczy uspokajająco, wtyka pióro dłuta pomiędzy kręgi i naciska na nie całym ciężarem ciała. Jeszcze słyszę chrupnięcie, a potem wszystko, gabinet, uzdrowiciel, wilgotne prześcieradło, ikony, leżanka, wszystko znika i jest ciemno. Aż w końcu, w tej ciemności ktoś robi dziurę, przez które wpada światło. Dziura bardzo szybko, się powiększa, jakby leciała w moim kierunku. Albo jakbym ja leciał w kierunku dziury. Nie jestem pewien. W każdym razie, ostatecznie ja i dziura wpadamy na siebie i znów jestem w gabinecie Władimira, z tym że jest mi zimno. I coś jeszcze. Coś jakbym piszczał, albo krzyczał. Tego jednak też nie jestem pewien.
Władimir z osobliwą melancholią mówi, że jego metoda ma jeden minus, jest bolesna mianowicie. Mówi też, że jestem odważny. Odpowiadam, że tam skąd pochodzę nie jest pewne czy robienie takich rzeczy świadczy o odwadze czy o braku rozumu. Władimir znów mruczy uspokajająco i napiera na dłuto. Tym razem dochodzę do siebie prawie natychmiast. Na tyle szybko żeby usłyszeć. Nie krzyczałem, ani też jak mi się początkowo wydawało nie piszczałem. Ja rzęziłem… może nie tak namiętnie jak Michajło. Było w tym moim rzężeniu, zdaje się więcej dzikości i coś jakby skargi. Chcę o tym opowiedzieć uzdrowicielowi, ale on właśnie zmienia pozycję, staje nad moją głową, wtyka dłuto w kręgi między łopatkami i mruczy uspokajająco…

Okazuje się, że naprzeciw ikonostasu nie ma szafy. Skrzydła drzwi skrywają wnękę, w której stoi stół z dwoma stanowiskami komputerowymi. Kiedy żegnam się z uzdrowicielem, przed monitorami siada dwóch chłopców. Do tej pory snuli się po sieni i niecierpliwie zaglądali do pokoju kiedy uzdrowiciel rozsuwał mi kręgosłup Dzieciaki aktywują Counter Strike i logują się w tryb rozgrywki wieloosobowej.

Władimir opowiada, jak bardzo martwi go, że dzisiejsza młodzież jest zupełnie pozbawiona opieki i duchowego przywództwa.Rodzice zatraceni w pogoni za mamoną, a odkąd upadł Związek Radziecki w okolicy polikwidowali już wszystkie świetlice. I teraz młodzież snuje się i nudzi. Albo ogląda telewizję. Albo co gorsza Internet.

W Counter Strike można trzymać z terrorystami, albo zostać żołnierzem jednostek specjalnych. Dzieciaki decydują się być komandosami. Patrzę jak sprawnie wchodzą w menu i przeglądają opcje uzbrojenia. Decydują się na kałasznikowy.

I dlatego on zdecydował, że ze skromnych datków, zostawionych przez wdzięcznych ludzi którym pomógł, zakupi te oto dwa komputery o czterordzeniowych procesorach, cokolwiek to znaczy, i udostępni je nieodpłatnie nudzącej się młodzieży. Żeby ta młodzież miała jakieś miejsce gdzie będzie mogła przyjść i zająć się czymś pożytecznym.

Dzieciaki wpatrują się w monitory zahibernowanym wzrokiem. Po drugiej stronie tafli LCD ich cyfrowe alter ego przetrząsają w poszukiwaniu terrorystów kompleks budynków na pustyni.

Uzdrowiciel pyta, czy może jeszcze coś dla mnie zrobić.

Jeden z dzieciaków strzela krótką serią w plecy swojego kolegi. Kiedy ten upada wystrzeliwuje w niego resztę pocisków z magazynka. Śmieje się zaraźliwym, beztroskim śmiechem dziecka, któremu udała się psota. Jest szczęśliwy. Kolega, którego zabił sprawia wrażenie rozczarowanego.

Patrzę na Władimira i staram się zrobić minę jakbym cokolwiek z tego wszystkiego zrozumiał.
Trwa ładowanie komentarzy...