O autorze
Urodzony na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Od wtedy do teraz zajmowałem się tyloma dziwnymi rzeczami, że nie mam pewności co wydarzyło się naprawdę a co sobie wymyśliłem. Wydaje mi się więc, że potrafię namalować obraz, uczynić akwafortę, wiem też po czym odróżnić jeden kapitel od drugiego. Mam też wiele innych umiejętności, których jednak nie będę wymieniał gdyż część jest wstydliwa, część nielegalna a zdecydowana większość nudna i pozbawiona wdzięku.
Dzisiaj wraz z grupą przyjaciół, ludźmi, którzy nie znają strachu, współtworzę program telewizyjny zajmujący się zagadnieniami z zakresu szeroko pojętej medycyny alternatywnej i ezoteryki.
Nie jest to najdziwniejsza rzecz, jaką się zajmowałem. Ale przynajmniej się nie kurzy.
Kossakowski. Szósty zmysł. Rosja

Jak zostać pokąsanym i nie wiedzieć co o tym myśleć

Z pozoru pani Sława jest zwyczajną szeptunką. Jeżeli oczywiście o jakiejkolwiek szeptunce można powiedzieć, że jest zwyczajna. Bo jak powiedzieć, że zwyczajne jest natchnienie przez Boga. Jednak pomijając akademickie rozważania pani Sława robi wszystko to, co robią inne szeptunki. W Polsce na Ukrainie, w Rosji. Co robią szeptunki wszędzie tam, gdzie szeptunki żyją.


Tak więc pani Sława przede wszystkim się modli. Modlitwa to jej główne narzędzie. Modlitwami wygania choroby, wypędza złego, wyciska klątwy. Modlitwy czyszczą człowieka sprowadzając go do właściwych proporcji bożego sługi. Ale oprócz modlitw szeptunki mają jeszcze metody albo, jeżeli zechcemy tak to nazwać, instrumenty, którymi wspomagają działanie modlitewnej inwokacji, albo w jakiś sposób ją dopełniają. Najczęściej mają charakter diagnostyczny. Wiele na przykład można się dowiedzieć o człowieku lejąc mu nad głową wosk. Można też użyć jajka. Szeptunka bierze jajko i w chwili, kiedy wymówi nad nim pierwsze wersy modlitwy ono przestaje być zwyczajnym jajkiem. Staje się narzędziem, instrumentem gotowym do użycia ku bożej chwale. Bierze więc szeptunka jajko i zupełnie jak jakimś skanerem dotyka ciała człowieka, który do niej przyszedł i poprosił o pomoc. Sunie jajkiem dookoła głowy, turla je po ramionach, po brzuchu, po nogach. Jakby coś na nie nawijała. Bo jajko, takie zupełnie zwyczajne, od kury, co to bez refleksji łazi po podwórku, ma w sobie niezwykły potencjał. I jeżeli zna się odpowiednie modlitwy i zręcznie takiego jajka użyje, to wchodzi w nie cała informacja. Zapis choroby.
Potem skorupa jest rozbijana, a to co w środku, wlewane do szklanki z wodą. To ważny moment. Szeptunka ogląda zawiesinę pod światło i już wie. Wie wszystko. Czy ktoś źle spojrzał, czy rzucił złe słowo, czy zrobił to mimochodem, czy było to działanie celowe, czy odprawiony został rytuał, a może klątwa została odziedziczona. Od tego zależy jakich modlitw szeptunka użyje. Żeby uzdrowić, żeby odwrócić los, żeby chłop rzucił gorzałę, żeby dobrze zainwestować, żeby dziecko dostało się na studia. Normalny zakres obowiązków zawodowych.
Ale pani Sława robi coś więcej. I właśnie dlatego błąkaliśmy się po wsiach, pytając w sklepach i na autobusowych przystankach. Każdy mówił coś innego. Szukaliśmy plotki, bajki, bzdury, cudu, zabobonu. Szukaliśmy mitu. Szukaliśmy szeptunki, która wygryza choroby.
Znaleźliśmy to wszystko w krytej eternitem, błękitnej chatce. Za wsią tak zagubioną, że mieszkańcy nie potrafili wskazać jej na mapie.
Pani Sława, niewielka, starsza kobieta. Ubrana w sukienkę w kwiatki. Głowa przewiązana chustą, też w kwiatki, w oczach radość i szczególna mądrość. Nie wyniesiona ze szkoły. Wchłonięta z życiem,
Z początku była nieufna. Na pytania dotyczące metody odpowiadała zdawkowo i z jakimś skrepowaniem. Nie bez oporów zgodziła się pokazać jak leczy. Ale o wygryzaniu, jak zastrzegała, nie ma mowy. To metoda zastrzeżona dla poważnych przypadków, a nie ku zaspokojeniu czczej ciekawości. Tak usłyszałem modlitwę i czułem jak dłoń szeptunki kreśli jajkiem wstęgi wokół mojej głowy, jak czyni znaki krzyża. Nie trwało do długo. Rozbiła skorupę. Wystarczył jej rzut oka. Ta chwila zmieniła jej całe podejście. Po dystansie i zdenerwowaniu nie pozostał ślad. Była przejęta, prawie wystraszona.
A oto co widziała szeptunka Sława. Klątwa. Silna. Najprawdopodobniej rzucona w rytuale gdzie użyto ziemię zabraną z mogiły. Do tego nadzwyczajne zgęstnienie zawiści. Ślepej i bezinteresownej. Nie wiedziałem jak się zachować. Ta kobieta była wyraźnie poruszona, martwiła się o mnie, przejmowała mną, a wszystko przez to co zobaczyła w szklance. W szklance, w której ja widziałem tylko bujającą się leniwie zawiesinę. Przez bez mała godzinę modliła się nade mną, omiatała moje ciało płomieniem świecy i znaczyła je krzyżami z wosku.
A potem nagle wszystko się kończy i ląduję na starym metalowym łóżku. Szeptunka zaleca mi położyć się na brzuchu. Nie muszę zdejmować podkoszulka. Wystarczy że odsłonię plecy. Do łopatek, mniej więcej. Pani Sława przysuwa krzesło, siada, modli się jeszcze przez chwilę, w końcu pochyla nad plecami. Zaciskam oczy, czekając na… Na co? Czego się spodziewałem? Chyba spodziewałem się bólu. Gryzienie na ogół kojarzy się z bólem. Jednak ból nie nadszedł. Sława wypowiadała modlitwę z ustami wciśniętymi w skórę na moich plecach. Nie wiem jak nazwać dźwięk, jaki wydawała. Czy nazwać to zaśpiewem, czy zniekształconą inwokacją. Było w tym jazzowe floow. Brzmiało jak scat. Jak nieodżałowana Ella Fitzgerald w szczytowej formie. Tak właśnie brzmiała szeptunka Sława. Jednak dla mnie miało to drugorzędne znaczenie. W tamtej chwili ogarnął mnie rodzaj schizofrenicznego wręcz rozedrgania. Dla większości ludzi doświadczenie, w którym lędźwiowa część kręgosłupa dotykana jest ustami przez osobę płci przeciwnej, że tak się wyrażę, będzie miało naturę niemal erotyczną. Z drugiej strony świadomość, że osoba płci przeciwnej jest starsza o prawie czterdzieści lat, przerzuca to doświadczenie w rejony perwersji, na którą zdobyć się mogą jedynie nieliczni. I tak leżałem na łóżku o metalowej ramie, w izbie błękitnej, krytej eternitem chałupki rozciągnięty między zmysłowością a świadomością, i nie wiedziałem czy mam się śmiać czy mróz ma mi szczękę zmarmurzać.
Na szczęście zanim zwariowałem pani Sława skończyła, wyprostowała się z nad moich pleców, skromnie usiadła na krześle, złożyła dłonie na podołku i orzekła, że już wszystko w porządku. Obciągnąłem podkoszulkę i wyszedłem przed chałupę. Z nerwów zacząłem zrywać śliwki z rosnącego przed domem drzewa. Ale mi nie smakowały. Po pierwsze były robaczywe. Po drugie byłem zbyt rozdygotany. Po trzecie przed domem stała Łada 2017 z przyciemnianymi szybami. W ładzie siedzieli gangsterzy z pobliskiego miasteczka i patrzyli na mnie z najwyższą niechęcią. Przywieźli do szeptunki kolegę. Przeze mnie musieli czekać ponad godzinę.
Trwa ładowanie komentarzy...